Szkolenia internetowe dla dietetyków Paleta Diet

Blog

mgr Donata Krawczyk
A na co komu ten psychodietetyk? Historia naszej pacjentki…

Przecież tyle tych diet w internecie i to jeszcze darmowych. Smaczne i zbilansowane. Na 1200 kcal, 1500 kcal, 1800 kcal. Odchudzające, zdrowotne i sportowe. Wege, keto i inne takie. A tu jeszcze nie zwykły dietetyk, ale jakiś „psycho”. Że niby psycholog? Czy po prostu z takim nic nie wnoszącym tytułem? Przecież żeby schudnąć wystarczy jeść mniej – żadna nowość. Czy potrzebujesz zatem kogoś kto nauczy Cię zdrowo jeść? No nie, przecież wcale nie lubisz czekolady, a herbaty nie słodzisz już od kilku dobrych lat, więc co też ten dietetyk może Ci po-wiedzieć, „proszę mniej jeść”? No okej, tyle sam wiesz, ale żeby od razu komuś za to płacić?

I mija tak dzień za dniem, dochodzi gram po gramie i kilogram po kilogramie, centymetr za centy-metrem, rozmiar za rozmiarem. Aż w końcu pewnego dnia wyrastasz ze swoich ulubionych spodni. Patrzysz w lustro i myślisz sobie „no to już nie są dwa kilogramy do przodu”, bo zrobiło się ich ze dwadzieścia.
Niby jesz zdrowo i nie możesz sobie zarzucić, że objadasz się każdego wieczoru w innym fast foodzie. Kupujesz na targu zdrowe warzywa, przywozisz pachnące jabłuszka, mandarynki i winogrona. Pijesz koktajle na maślance, zupy na swojskiej kurze i daleko Ci do tego łakomczucha z McDonalds’a. Jednak stając przy nim, sam zastanawiasz się czy, aby na pewno tak wiele Was różni…

– No cóż, czas kupić nowe spodnie… – pomyślałam nie mieszcząc się już w żadne, które miałam w szafie.
Może brzmi Ci to znajomo? Bo u mnie właśnie od tego zaczęła się myśl, że to naprawdę najwyższa pora wziąć się za siebie i schudnąć te nadprogramowe trzy kilogramy, które przeistoczyły się ostatecznie w dziesięć. Z początku uznałam, że zacznę ćwiczyć. Jest pandemia, mam czas, z domu za wiele nie wychodzę, więc nawet nikt się nie zorientuje, że w ogóle przytyłam. I działało. Ale przez tydzień, póki kolana nie zaczęły mi przypominać, że nie jestem już taka lekka. No i odchudzanie znowu poszło w odstawkę.
– To może katering? – zaczęłam się zastanawiać, ale niezbyt długo. 1000 złotych miesięcznie to jednak za duży wydatek jak na kieszeń zwykłego Kowalskiego, a co dopiero studenta.
Tym sposobem uznałam, że zainwestuje w dietetyka. Co mi szkodzi, komuś tam pomógł, zdjęcia przed i po widziałam, to może i sobie taką metamorfozę zasponsoruję. Ale przyznam szczerze! Mnie długo namawiać nie trzeba było. Zawsze ufałam specjalistom. Boli mnie ząb? Czas odwiedzić dentystę. Słabo widzę? Czas na okulistę. Nie pohamowałam się w jedzeniu i piciu? Czas na egzorcystę. Żartuję – wybrałam dietetyka.

Jednak choć skorzystać z pomocy chciałam sama i w skuteczność diety wierzyłam, to wymagań miałam sporo. Po pierwsze, chcę schudnąć. Po drugie to chcę szybko widzieć efekty. Po trzecie, chcę jeść to co lubię. Po czwarte, mam słomiany zapał i przede wszystkim tutaj potrzebuję pomocy. Równanie wyszło mi proste, potrzebuję czegoś więcej, niż rozpisanej diety – potrzebuję opieki. I właśnie dlatego wybór padł na psychodietetyka. Osobę, która wesprze mnie w całym procesie, wytłumaczy skąd się wzięła nadwaga (w końcu jadłam same domowe obiadki) i nauczy mnie zdrowego podejścia do jedzenia.

A więc jak to było?

Dostałam rozpiskę co jeść mogę, a czego nie. Ile gram mogą mieć ryże, ziemniaczki czy makarony, ile mięso, a ile warzywa. Niby nic trudnego, jeść trzeba pięć razy dziennie, składniki w miarę do-wolne, więc hulaj duszo, piekła nie ma.

A jednak, było tuż za rogiem. Pierwsze co mnie przerosło to ilość czasu poświęcanego na jedzenie.
Rób listę zakupów, rób zakupy, rób plan na jedzenie, gotuj jedzenie, jedz, sprzątaj po jedzeniu i tak w kółko. Nagle czułam, że moje życie krąży tylko i wyłącznie wokół jedzenia. Moja głowa zaczęła świrować. Planowanie jedzenia i wszystkie czynności z nim związane sprawiały, że ciągle chciałam jeść, a z drugiej strony zbierały mi się łzy na myśl o kolejnym gotowaniu.

Nagle moje ciało wcale nie było takie złe, a ta dieta to w ogóle jakiś głupi pomysł był. Aż obrażając się na gotowanie, rozpłakałam się płaczem żeliwnym i napisałam do swojej dietetyczki, że ja tak dłużej nie mogę, mam już dość tego stania w kuchni i ciągłego planowania jedzenia, spędzam tam więcej czasu, niż wcześniej i to w imię czego? Kilograma mniej na wadze? „Ale dasz sobie radę! Ja też tak czasem mam, odetchnij, odpocznij, ale się nie poddawaj! Zobaczysz to minie! Jesteś silna!” dostałam w odpowiedzi. I to był jeden z pierwszych sprawdzianów, które zdałam, i ja i mój psychodietetyk.

Wiedziałam, że nie jestem w tym sama i naprawdę dostaję wsparcie, a nie tylko przepisy na zdrową kolację.

Czas mijał, kilogramy po mału szły sobie w dół, nowy sposób gotowania stawał się coraz bardziej naturalny, a świadomość wyboru składników stawała się coraz większa. Ale czy byłam przykładowym pacjentem? Ależ skąd! Ile ja odmówiłam sobie kolacji, aby móc poczuć smak chipsów, cukierków czy ciasta. Ile ja przegapiłam okazji na zjedzenie drugiego śniadania, bo nie chciało mi się wcześniej zrobić śniadania, a już zbliżał się czas obiadu. I ile ja pomijałam szklanek wody w ciągu dnia, tego nie wie nikt (czasem nawet mój psychodietetyk! UPS! PRZEPRASZAM!). Także co mi to dało? No cóż, nauczyłam się, że nie warto chodzić głodnemu, aby posmakować pustych, choć ulubionych, kalorii. Ale i dało mi to zdrowe podejście do diety. Nie byłam wygłodniałym człowiekiem na diecie, który raz zerwany z własnej smyczy dochodzi do wniosku, że skoro teraz się złamałam, to kontynuacja już nie ma sensu. Oj nie! Przyznawałam się w dzienniczku żywieniowym, że tej nocy były chipsy, a tej to dwa posiłki. Łamałam się częściej, niż rzadziej, zwłaszcza z początku i zawsze kosztem jednego pożywnego posiłku. Ale nie obrażałam się przy tym na dietę. Nie obwiniałam, że zabiera mi smaki, które tak uwielbiam. Byłam świadoma, że w takich chwilach sabotuję jedynie czas, na osiągnięcie wymarzonej wagi. Że ten jeden cukierek, ta jedna paczka chipsów, czy ten jeden plasterek pizzy oddala mnie w czasie od mojego celu, ale o ironio, dawało mi to ten niezwykle potrzebny przy odchudzaniu luz. Konsultacje uświadamiały mnie, że nawet te „porażki” są moimi sukcesami, bo wyciągam z nich wnioski. Oczywiście jedzenie cukierków zamiast kolacji nie napawało nikogo dumą, ale jednak musiałam kilka razy dać się przyłapać, żeby w końcu samej się przekonać, że te zachcianki nie mają sensu.

Z czasem coraz rzadziej poddawałam się pokusom. Ta ulubiona kawa z mlekiem, sosem karmelowym, cukrem i śmietanką stawała się za słodka. Ciasta z polewami, owocami i innymi rarytasami były nie do zjedzenia, a ulubione czekoladki stawały się niemal kostkami cukru. Zachcianki prze-chodziły, a dieta pozostawała.

Zaczęłam dostrzegać, że mój mózg już nie krzyczy mi na złość „zjedz coś słodkiego, zapchaj się czymś szybko, ta dieta i tak nie ma sensu”. Etap bronienia się przed dietą zaczął mijać wraz z tą paniką, niezadowoleniem i zwątpieniem. Każda konsultacja, wymiana spostrzeżeń, uwag, pochwał i krytyki, każde zadanie motywacyjne i celebrowanie spadających kilogramów uświadamiały mnie, że będzie coraz lepiej.

Ważyłam się jednak każdego dnia i nie do końca rozumiałam dlaczego ta waga raz spada, raz stoi, a raz idzie do góry. Mówiąc o swoich obawach na konsultacjach nauczono mnie świadomości swoje-go ciała. Dowiedziałam się, że waga w ciągu dnia może się wahać nawet do dwóch kilogramów! Zrozumiałam, że nieregularne wypróżnianie przekłamuje na moją „niekorzyść” kilogramy na tym małym ekranie czy, że mój cykl może tuszować, że schudłam. Albo po prostu, że dzisiaj tak mam, waga w nocy poszła do góry, choć wczorajszego poranka miałam półtora kilograma mniej. Zrozumiałam, że mój organizm tak czasem ma i to też jest okej. Przestałam wchodzić na wagę z oczekiwaniami, które prowadziły do rozczarowań i przestałam się w głowie karać za każdy dodatkowy gram. Nie miałam już sobie za złe, że waga spada pomału, bo uwierzyłam, że chudnę w swoim tempie. Nie brałam udziału w żadnym wyścigu i nie poddawałam się.

W pewnym momencie nie potrzebowałam wagi, żeby zauważyć, że chudnę. Zaczęłam dostrzegać, że to moje ciało dziękuje mi za pracę nad sobą. W końcu mogłam usiąść po turecku i nie czuć, jak kolana chcą wystrzelić, niczym guzik z napiętej na brzuchu koszuli i trafić komuś prosto w oko.
W końcu mogłam założyć spodnie z wysokim stanem i nie bać się, że i guzik ze spodni szykuje się do zamachu na czyjeś życie. W końcu mogłam wkurzyć się, że nowe spodnie są ZA DUŻE, a nie za małe! Mniej się pociłam, mniej męczyłam, mniej zawstydzałam i mniej przejmowałam.

Więc na co komu ten psychodietetyk?

  • A no właśnie, po to, żeby przejść przez ten proces z kimś kto będzie Cię wspierał w chwilach słabości, pilnował, nagradzał, ale i ochrzaniał kiedy trzeba. Aby mieć możliwość nauczenia się zdrowego podejścia do jedzenia od kogoś kto zdobył wiedzę, aby Ci ją przekazać.
  • Aby zdobyć świadomość własnego ciała i umysłu, umiejętność odróżniania prawdziwego głodu od tego emocjonalnego. Dla nauki nowych smaków i żeby osiągnąć przy tym równo-wagę, zarówno dla efektów wizualnych jak i zdrowotnych.
  • Aby zrozumieć i uwierzyć w to, że dieta to nie walka, a droga do spełnienia marzeń albo po prostu celów.
Wszystko zaczyna się od naszej głowy, chwili, w której w naszym umyśle zakiełkuje pewna myśl: „źle się czuję ze swoim ciałem”.

Jakkolwiek Ci ono wybrzmi, czy to będzie kwestia wizualna „nie podobam się sobie”, czy zdrowotna „moje ciało mnie ogranicza”, to przyczyna jest taka sama – twoje ciało staje się przeszkodą. Może utrudniać Ci zakupy, zawstydzać na plaży, męczyć w trakcie chodzenia czy ograniczać czerpanie przyjemności z kontaktu fizycznego. Tak czy inaczej – przeszkadza, nie pomaga.

Musisz po prostu chcieć dla siebie czegoś więcej. A jeśli już chcesz czuć się lepiej, zadbać o swoje zdrowie i zrobić coś dla siebie – to do czego ja mam Cię tutaj przekonywać. Wiesz co trzeba zrobić.

Autor:

mgr Donata Krawczyk

Przeczytaj kolejne artykuły naszego eksperta